Mayer: Kiedy już było za późno

dnia
„Każdy kolejny czyn, każde zdarzenie jest straszniejsze od poprzedniego, ale tylko trochę straszniejsze. Więc czeka pan na następne. Sądzi pan, że kiedy stanie się coś prawdziwie wstrząsającego, inni przyłączą się i zaczną stawiać opór. (…) Ale to jedno wstrząsające wydarzenie, które miałoby wyprowadzić na ulice oburzonych obywateli, nigdy nie nadchodzi.”


– Nikt chyba nie zauważał – mówił mi pewien znajomy filolog – jak bardzo po 1933 roku powiększyła się przepaść między władzą a społeczeństwem. Może pan sobie wyobrazić, że w Niemczech ta przepaść zawsze była znaczna. Teraz nieustannie rosła. Można ludziom wmawiać, że rząd jest rządem ludowym, że ich kraj jest demokratyczny; można organizować oddziały obrony cywilnej, można nawet rozpisać wybory – ale żadna z tych rzeczy nie przybliża społeczeństwa do władzy. Żadna z tych rzeczy nie daje ludziom poczucia współrządzenia krajem.

Stopniowo przyzwyczailiśmy się do tego, że jesteśmy rządzeni z zaskoczenia, że dotyczące nas decyzje podejmuje się w tajemnicy, że sytuacja jest wielce skomplikowana, a rząd musi działać na podstawie informacji tak złożonych, że zwyczajni ludzie nigdy by ich nie pojęli – lub tak niebezpiecznych, że nie można ich ujawnić, nawet gdyby były dla ludu zrozumiałe. A poczucie identyfikacji z Hitlerem i zaufanie do niego wręcz ułatwiało rozszerzanie tej przepaści i rozwiewało obawy tych, których ten proces mógł niepokoić.

To odrywanie się władzy od ludu, poszerzanie przepaści między władzą a ludem, postępowało stopniowo i było praktycznie niedostrzegalne. Każdy kolejny krok maskowano (być może mimowolnie) jako środek tymczasowy, konieczny ze względu na wyjątkową sytuację, albo tłumaczono patriotyzmem lub koniecznością osiągnięcia pewnych społecznych celów. Wszystkie te nieustanne kryzysy i reformy (w tym reformy całkiem realne) tak pochłaniały uwagę opinii publicznej, że nikt nie dostrzegał tego powolnego, podskórnego ruchu, którym władza dzień po dniu oddalała się od społeczeństwa.

Zrozumie mnie pan, jeśli powiem, że badania nad językiem średnio-wysoko-niemieckim były dla mnie wszystkim. Nic innego mnie nie zajmowało. Uważałem się za językoznawcę, za naukowca. Tymczasem nowa sytuacja w kraju wciągała także uniwersytet. Spadło na mnie mnóstwo nowych obowiązków. Zebrania, konferencje, wywiady, ceremonie, a przede wszystkim wypełnianie formularzy, pisanie raportów, przeróżne listy i kwestionariusze. Do tego dochodziły wymagania nakładane przez otoczenie: różne rzeczy, które trzeba było robić, bo było to „dobrze widziane”, a których wcześniej albo nie robiło się wcale, albo nie uważano ich za specjalnie ważne. Te wszystkie korowody biurokracji pochłaniały całą ludzką energię, a były tylko dodatkiem do pracy naukowej. Może pan sobie wyobrazić, jak łatwo było po prostu nie zastanawiać się nad sprawami fundamentalnymi. Nie było czasu na myślenie.

– To samo mówi mi znajomy piekarz – odparłem. – Nie było czasu, żeby się zastanowić. Za dużo się działo.

– Trafił w sedno. Całą naszą uwagę pochłaniała dyktatura, proces jej wyłaniania się. To dawało wymówkę, by nie myśleć o sprawach, w które i tak nikt nie chciał się specjalnie zagłębiać. Nie mówię o klasie ludowej – o pańskim piekarzu, dajmy na to – ale o sobie i moich znajomych, pracownikach naukowych, intelektualistach. Większość z nas nigdy nie rozmyślała o sprawach fundamentalnych i nie chciała o nich myśleć. Nigdy nie było takiej potrzeby. Nazizm podsuwał do przemyślenia różne straszne, fundamentalne sprawy. Byliśmy przyzwoitymi ludźmi, ale naszą uwagę przykuwały ciągłe zmiany i „kryzysy” w państwie. Fascynowały nas machinacje „wrogów narodu”, wewnętrznych i zewnętrznych, fascynowały do tego stopnia, że nie mieliśmy czasu myśleć o niczym innym, o tych strasznych rzeczach, których z wolna działo się coraz więcej. Podświadomie byliśmy pewnie za to wdzięczni. Komu by się chciało myśleć?

Od wewnątrz ten proces jest niedostrzegalny, proszę mi wierzyć, chyba że ktoś posiada wyjątkowy zmysł polityczny czy przenikliwość, do jakiej większość ludzi nigdy nie dochodzi. Każdy kolejny krok był tak drobny, tak mało znaczący sam w sobie, tak przekonująco wyjaśniony, niekiedy nawet „podjęty z głębokim żalem”, że postępujący proces był niedostrzegalny dla kogoś, kto tkwił w nim od środka, kto nie rozumiał jego podstawowych zasad, kto nie umiał przewidzieć, do czego muszą doprowadzić te „umiarkowane środki”, których słuszności żaden niemiecki patriota nie mógł przecież kwestionować. Tego procesu nie dało się zaobserwować, podobnie jak rolnik nie widzi, jak z dnia na dzień rośnie na polu kukurydza. Aż któregoś dnia kukurydza go przerasta.

Jak zwyczajni ludzie, nawet dobrze wykształceni, mogliby tego uniknąć? Prawdę mówiąc, nie wiem. Do dziś nie mam odpowiedzi na to pytanie. Ileż razy od tamtej pory rozmyślałem o dwóch wielkich maksymach: „Principiis obsta” i „Finem respice”. Pierwsza znaczy dosłownie „przeszkadzaj początkom”, czyli niszcz zło w zarodku, a druga – „patrz końca”, zważ na konsekwencje. Ale żeby stawiać opór, trzeba najpierw dostrzec ten początek. Trzeba umieć jasno przewidzieć koniec i mieć co do tego pewność. W jaki sposób zwykli ludzie, a nawet niezwykli, mieliby tego dokonać? Bieg wydarzeń mógł się przecież zmienić, zanim sprawy zaszły za daleko. Dziś wiemy, że się nie zmienił, ale mógł – i każdy na to liczył.

Ci „zwyczajni ludzie”, o których pan mówi, nie kwestionowali ideologii nazizmu. Większa wina spoczywa na ludziach takich jak ja, którzy ją kwestionowali. Nie dlatego, że więcej rozumieliśmy (bo tak nie było), ale dlatego, że więcej przeczuwaliśmy. To właśnie w imieniu wielu tysięcy ludzi takich jak ja (raczej niż w swoim) mówił pastor Niemöller.

Ataki wymierzone przeciw komunistom niepokoiły go, ale nie był przecież komunistą, więc nie reagował. Kiedy atakowano socjalistów, jego niepokój rósł, ale socjalistą także nie był, więc nic nie zrobił. Kiedy przyszedł czas na szkoły, na prasę, na Żydów i tak dalej, jego obawy rosły, ale nadal biernie czekał. Zareagował dopiero, gdy celem ataku padł Kościół, bo sam był duchownym, ale wtedy było już za późno.

Przytaknąłem.

– Widzi pan – ciągnął mój znajomy – człowiek nie wie dokładnie, kiedy i co właściwie powinien zrobić. Niech mi pan wierzy. Każdy kolejny czyn, każde zdarzenie jest straszniejsze od poprzedniego, ale tylko trochę straszniejsze. Więc czeka pan na następne i następne. Sądzi pan, że kiedy stanie się coś prawdziwie wstrząsającego, inni przyłączą się do pana i zaczną stawiać opór. Nie chce pan działać w pojedynkę ani być tym jedynym, który coś powie. Nie chce pan stwarzać problemów. Dlaczego? Bo nie jest pan do tego przyzwyczajony. Nie chodzi tylko o strach przed samotnym wyjściem przed szereg, ale także o to, że naprawdę nie ma pewności, co się właściwie dzieje.

Ta niepewność jest bardzo istotna, a co więcej, ona z czasem rośnie zamiast maleć. Na zewnątrz, na ulicy, widzi się samych zadowolonych ludzi. Nie słychać głosów protestu, a już na pewno nie widać nikogo, kto by protestował. We Francji czy we Włoszech malowano by na murach antyrządowe hasła; w Niemczech, poza największymi miastami, nie było nawet tego. W środowisku akademickim, we własnym otoczeniu, rozmawia się prywatnie z kolegami, którzy nawet się z nami zgadzają, ale co wtedy mówią? Mówią: „nie jest aż tak źle”, „wydaje ci się” albo „panikujesz”.

I to prawda: człowiek sam ma poczucie, że panikuje. Przewiduje, że skoro zdarzyła się jedna rzecz, to za chwilę zdarzy się inna, ale nie może tego udowodnić. To tylko początki, oczywiście, ale jak można mieć pewność, kiedy nie zna się końca? Jak przewidzieć ten koniec, albo chociaż się go domyślić? Z jednej strony zastraszanie: reżim, nowe prawo, Partia. Z drugiej strony znajomi bagatelizują pana obawy; uważają pana za pesymistę, a może i neurotyka. Zostają panu tylko najbliżsi przyjaciele, a to są ludzie, którzy zawsze myśleli podobnie jak pan.

Ale grono tych przyjaciół robi się coraz mniej liczne. Jedni się oddalają albo zatracają się w pracy. Coraz ich mniej pojawia się na zebraniach i prywatnych pogawędkach. Nieformalne grupy kurczą się, ludzie odchodzą z organizacji, w których działali, a organizacje zamierają. Pozostają małe grupki najstarszych przyjaciół, ale rozmawiać z nimi to jak mówić do siebie samego – jest się całkowicie izolowanym od rzeczywistości. To jeszcze bardziej odbiera pewność siebie i tym skuteczniej powstrzymuje przed – no właśnie, przed czym? Z każdą chwilą rozumie pan coraz lepiej, że aby cokolwiek zrobić, musi pan stworzyć do tego sposobność, a więc zostać wichrzycielem. Więc czeka pan i czeka.

Ale to jedno wstrząsające wydarzenie, które miałoby wyprowadzić na ulice setki czy tysiące oburzonych obywateli, nigdy nie nadchodzi. W tym szkopuł. Gdyby reżim dokonał swojej ostatniej, najstraszliwszej zbrodni zaraz po pierwszej i najdrobniejszej, zapewne wstrząsnęłoby to tysiącami, nawet milionami ludzi. Gdyby na przykład mordowanie Żydów w komorach gazowych zamiast w 1943 nastąpiło w 1933 roku, zaraz po tym, jak na sklepach nienależących do Żydów pojawiły się tabliczki „Niemiecka firma”. Ale w rzeczywistości nigdy się tak nie dzieje. Jeden etap od drugiego dzielą setki drobnych kroków, często niezauważalnych, a każdy taki krok przygotowuje do następnego. Każde poprzednie zdarzenie osłabia szok wywołany następnym. Etap C nie jest znacząco gorszy od etapu B, więc jeśli nie protestował pan wtedy, to dlaczego miałby pan podnieść głos teraz? A potem przychodzi etap D.

Aż któregoś dnia, gdy jest już za późno, wszystkie zasady, którym pan hołdował – o ile był pan ich świadomy – wreszcie pana dopadają. Oszukiwanie samego siebie staje się ciężarem ponad siły. Wystarczy jakiś drobny incydent: w moim przypadku chodziło o to, że mój synek, chociaż jeszcze nie umiał dobrze mówić, powiedział do kogoś „ty żydowska świnio”. W takiej chwili wszystko wali się panu na głowę i wreszcie pan widzi, że nic, ale to zupełnie nic nie jest takie, jakim było. Na pańskich oczach dokonała się olbrzymia transformacja, a pan jej w ogóle nie zauważył. Żyje pan teraz w zupełnie innym świecie niż ten, w którym się pan urodził. Kraj jest inny, inni są ludzie. Formy pozostały te same, nietknięte, bezpieczne: dom, praca, zakupy, posiłki, odwiedziny gości, koncerty, kino, wakacje. Ale duch, którego nigdy pan nie dostrzegał, bo mylnie utożsamiał go pan z tymi formami, zmienił się nie do poznania. Pański świat to teraz świat strachu i nienawiści, a ludzie, którzy się boją i nienawidzą, sami nie zdają sobie z tego sprawy. Kiedy wszyscy przechodzą identyczną przemianę, nikt nie odczuwa, że cokolwiek się zmieniło. Żyje pan teraz w systemie rządzonym bez odpowiedzialności przed nikim, nawet przed Bogiem. Nikt tego nie zaplanował, lecz aby podtrzymać ten system, trzeba było konsekwentnie posunąć się do samego końca. Życie to nie seria pojedynczych zdarzeń i uczynków, ale nieustanny proces, jak prąd rzeki. Ten prąd porwał pana i zabrał w jakieś inne miejsce bez żadnego wysiłku z pańskiej strony. W tym nowym miejscu żyje się panu nawet wygodniej. Ma pan teraz inne zasady, inną moralność. Zaakceptował pan rzeczy, z którymi nie pogodziłby się pan przed pięciu laty czy przed rokiem. Których pana ojciec, choć też był Niemcem, nie umiałby sobie nawet wyobrazić.

Nagle spada na pana świadomość tego wszystkiego. Widzi pan, kim jest, co zrobił albo, mówiąc precyzyjniej, czego pan nie zrobił (bo koniec końców od większości z nas wymagano tylko jednego: abyśmy nic nie robili). Przypomina pan sobie pierwsze zebrania na wydziale; gdyby choć jeden człowiek wtedy zaprotestował, to kto wie, może inni by go poparli. Ale nikt nie zaprotestował. Mogło chodzić o jakiś drobiazg, o zatrudnienie tej osoby zamiast tamtej; o tę, a nie inną decyzję, którą pan wtedy podjął. Wszystkie te sytuacje powracają i łamią panu serce. Ale jest już za późno. Sprzeniewierzył się pan samemu sobie tak głęboko, że nie da się tego naprawić.

I co teraz? Można odebrać sobie życie. Było kilkoro takich. Można „zrewidować” swoje zasady. Wielu tego próbowało, niektórzy nawet z powodzeniem. Mnie się to nie udało. Można nauczyć się żyć resztę życia ze świadomością własnej hańby. W tych okolicznościach to bodaj najbardziej heroiczny wybór: pogodzić się z własną hańbą. Takie nędzne bohaterstwo stało się udziałem wielu Niemców; musiało ich być znacznie więcej, niż sądzi się dziś za granicą.

Milczałem. Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Znałem w Lipsku pewnego człowieka, sędziego. Nie był nazistą, w każdym razie nie z przekonań, ale na pewno nie był też dysydentem. Był po prostu sędzią. W 1942 albo 43 roku orzekał w sprawie pewnego Żyda, który, tak się złożyło, miał romans z Aryjką, chociaż był to poboczny wątek w akcie oskarżenia. Nazywało się to „przestępstwem na tle rasowym”. Takie występki Partia karała wyjątkowo surowo. Ale nie tego dotyczył główny zarzut. Można było skazać tego człowieka z innego paragrafu, bez związku z kwestiami rasowymi, i posłać go na wiele lat do zwykłego więzienia. Gdyby ów sędzia tak postąpił, uratowałby go przed odwetem ze strony Partii, a więc przed obozem koncentracyjnym i prawdopodobnie śmiercią. Ale był pewien, że w tej głównej sprawie oskarżony jest niewinny – więc aby wydać sprawiedliwy wyrok, uniewinnił go. Oczywiście Partia pochwyciła tego Żyda, gdy tylko opuścił salę rozpraw.

– A sędzia?

– No właśnie, sędzia. Nie mógł zapomnieć o tej sprawie. Sumienie nie dawało mu spokoju. A przecież uniewinnił niewinnego człowieka. Gdyby go skazał, ocaliłby go przed Partią, ale jak mógł skazać niewinnego? Nie dawał sobie z tym rady, więc zaczął o tym mówić: najpierw rodzinie, potem przyjaciołom, potem dalszym znajomym. Stąd znam tę sprawę. Aresztowano go po nieudanym puczu w 1944 roku. Nie wiem, co się z nim później stało.

Milczałem.

– Kiedy w końcu wybuchła wojna – ciągnął znajomy – wszelki opór, protest, krytyka czy kontestacja pociągały za sobą zwielokrotnione ryzyko najcięższej kary. Nawet brak entuzjazmu czy niechęć do okazywania go publicznie piętnowano jako „defetyzm”. Powszechne było przypuszczenie, że władza ma listę osób, którymi zamierza się „zająć” po zwycięstwie. To była jedna z umiejętnych rozgrywek Goebbelsa. Nieustannie obiecywał „orgię zwycięstwa”, podczas której mieliśmy „rozprawić się z tymi, którym się zdaje, że ich zdradziecka postawa umknęła naszej uwadze”. To nie była czcza propaganda, on rzeczywiście snuł takie plany. To wystarczyło, by położyć kres wszelkim rozterkom.

Od pierwszego dnia wojny rząd mógł robić wszystko, co uznał za „konieczne”, by ją wygrać. Jedną z tych koniecznych rzeczy było „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Naziści dużo o nim mówili, ale nawet oni nie mieli śmiałości wprowadzić tego planu w życie. Dopiero wojna i wynikająca z niej „konieczność” pozwoliła im uwierzyć, że ujdzie im to na sucho. Za granicą sądzono, że wojna z Hitlerem pomoże Żydom – to było błędne myślenie. W Niemczech ci, którzy po wybuchu wojny nadal rozważali kontestowanie czy stawianie czynnego oporu, liczyli na to, że Niemcy tę wojnę przegrają. Ale to wydawało się mało prawdopodobne. Niewielu szło na taki zakład.


źródło: Milton Mayer
Rozdział z książki They Thought They Were Free: The Germans 1933-45, wydanej w 1955 r.

(Tłumaczenie: mj.)